6. „Szaleniec!”


 


Faktycznie, nie było trzeba. Co Kimiko należy przyznać, chęci jej nie brakuje. I w sumie, jedynie chęci. Seks wcale nie był tak dobry, jakim go imaginowałem i wspominałem; wstyd o tym mówić, ale towarzystwo tej niewątpliwie pięknej kobiety okazało się mocno rozczarowujące… w porównaniu do Sakury. Miała niewiele do zaoferowania, krzykliwa że o ja pierdolę. Chwilami – już, już – niemal byłem pewien, iż Kimiko zaraz przestanie rzucać się jak małpa w ukropie, pochyli się nade mną, tchnie gorącym, wilgotnym pocałunkiem w kark, po czym ukąsi w ucho, przejedzie delikatnie opuszkami palców po udzie, bym zwariował, zwyczajnie zwariował. Nic takiego nie miało jednak miejsca, więc, dopełniwszy wszystkich formalności, zapaliłem ze złością papierosa. Kołdra była nieprzyjemnie drapiąca, mimo swojej świeżości, a promienie światła wpadające przez nieszczelnie domknięte okno, irytowały wierutnie. Do tego jeszcze, zalegająca obok baba, zaczęła znów gadać. Słysząc komplementy, wyrazy tęsknoty, uwielbienia oraz zaświadczanie o tym, że nadal z nikim nie było jej tak dobrze, jak ze mną, usiłowałem nie zrzygać się w filtr.


Gdy próbowała mnie dotknąć, kategorycznie tego zabroniłem, spoglądając nań z pogardą i nienawiścią.


Dla Kimiko był to jednak przedni dowcip, więc znów jęła irytująco chichotać.


- Oschły jak zawsze! Tak bardzo się od tego odzwyczaiłam! – Wsparła podbródek na skrzyżowanych ramionach, by móc przyglądać mi się z bezpiecznego dystansu – drugiej połowy łóżka. – W ogóle się nie zmieniłeś…


- Nie sądzę – Z wyższością wypuściłem chmurę dymu. Wspomniałem bowiem swoją słabość i przywiązanie, pochopną miłość i żal, wielką, wielką głupotę oraz zagubione pośród koszmarów sennych jestestwo.


Znów zaczęła rechotać.


- Mylisz się, mój drogi! Jesteś dokładnie taki, jakim cię zapamiętałam, a nasz natychmiastowy seks to tylko potwierdza. Ale wiesz, co? To dobrze! Słyszałam o tobie różne dziwne plotki. O tobie i tej dziewczynie z finezyjnymi włosami; byliście razem w spa pod Suną. Był z wami jeszcze taki blondasek; Noburo, Natsuo? Nie-e pamiętam zbyt dokładnie, w każdym razie jakoś tak krótko i na „N”. Ale wiesz, o kogo mi chodzi! I właśnie, o czym to ja… A! O tej dziewczynce!


Dziewczynce? Litości, ile Haruno ma lat, żeby nazywać ją „dziewczynką”? To jak tytułować jadowitego skorpiona mianem rozkosznego motyla. Ironia czy głupota? W wypadku rozchełstanej, wątpliwego intelektu Kimiko nigdy nie istniała całkowita pewność.


- W każdym razie – paplała dalej, najwyraźniej przeniósłszy się do innego wymiaru, w którym marzeniem faceta po przeciętnym stosunku płciowym, jest słuchanie o swojej byłej, de facto, znacznie lepszej w te klocki. – Rokku-kun, gdy jechaliśmy do Konohy co nieco mi opowiadał. Mówił, że byłeś o niego pioruńsko zazdrosny, bo niby ta różowa zawróciła ci bez reszty w głowie. – Zaniosła się śmiechem, budząc we mnie rządzę zgaszenia papierosa na środku jej własnego, prywatnego, pustego czoła. Musiałem milczeć jednak dyplomatycznie, gdyż jakiekolwiek wtrącenie się w głupstwa, jakie gadała Kimiko, skończyłoby się niechybnie zwiększeniem mojej irytacji, a tym samym – gołym, więc kłopotliwym, żeńskim trupem. A szafa, wiadomo, nie nieprzemakalna – drewnianej posadzki szkoda, bo krew ciężko schodzi, drewna, wiadomo,  rodowe, więc drogie jak jasna cholera.


- Czyli to nie pierwszy raz, gdy jesteś w Wiosce Liścia, tak? – mruknąłem za to, by zmienić temat. Niech Kimiko mówi rozpustnie o swoich doświadczeniach turystycznych, niech zasypuje mnie pustymi przeżyciami, zachłannymi romansami, jakim się oddawała. Cokolwiek, byle nie wypomina Haruno, o której tak bardzo usiłowałem zapomnieć.


- A gdzie tam! – Klasnęła w dłonie. – To pierwszy raz i pierwszy raz – dodała zalotnie, co zinterpretowałem jako wątpliwą informację o jej rozpustności. Nic w tym dobrego, skoro już, na nowym gruncie, zdążyła wskoczyć komuś do łóżka. Tylko przypadkiem oraz tylko tym razem byłem to ja. Równie dobrze mógłby napatoczyć się (bo chyba bardziej trafnego słowa nie ma) roztrzepany Naruto, zapładniający Nara, lub zboczony Rock Lee, który, niechybnie z przyjemnością oraz wyrazem twarzy możliwie kordialnym, posłuchałby o czymkolwiek, byleby miało związek z Sakurą. Oto i szczyt różnego rodzaju perwersyjnych –filii. – Wczoraj wieczorem dopiero przyjechaliśmy i, co prawda, mamy wspólny pokój w Budynku Ognia, ale czuję się tutaj mocno nieswojo… To znaczy – czułam, bo teraz jest już lepiej. Spotkanie bratniej duszy jest zawsze pomocne w nieznanym miejscu.


Coś powoli i dosyć niechętnie zaczynało mi świtać…


- Mówiąc „przyjechaliśmy” masz na myśli…?


- Rokku-kun… i mnie, oczywiście!


- Jakże mógłbym zapomnieć – odbąknąłem tylko, z konsternacją żując filtr. Pet dawno już przygasł, niestety, niezgaszony na niczyim czole, i teraz pozostało jedynie delektowanie się sprężystością waty oraz pierwotnie owalnym w przekroju jej kształtem.


Rokku, Rokku, Rokku… Sądziłem, że szybko zapomnę, kto zacz. Niestety pamięć bywa w głupi sposób cyniczna, więc można jedynie naiwnie mieć nadzieję. A nadzieja, jak wiadomo, matką i kochanką głupich.


- Jak jego nos? – zagadnąłem, wspomniawszy poprzednie spotkanie z amantem Suny o wątpliwie uroczej aparycji bulwy typu ziemniak. – Nastawiony bez uszczerbku na zdrowiu?


Kimiko zrobiła zdumioną minę, dla animuszu drapiąc czubek głowy; myślicielka, że o ja pierdolę.


- No tak, faktycznie… Taka sytuacja miała miejsce… Jakiś bandzior zaatakował go, gdy wracał po pijaku z knajpy. Bandzior! Co ja mówię?! Rokku-kun opowiadał, że było ich trzech i byli uzbrojeni! Suna – zdawać by się mogło – takie cywilizowane miasto, a człowieka napadnie jakaś gromada chuliganów, pokiereszuje, zostawi! Mam nadzieję, że choć te gagatki zostały solennie ukarane!


- O to się akurat nie martw – powiedziałem z przekąsem, gdyż sam najlepiej orientowałem się w tej, degradującej psychikę, wolność ludzką i świadomość, reprymendzie. – Mówił coś jeszcze?


Swobodnie pokręciła głową, podciągając pierzynę po brodę, jak gdyby nagość jęła ją niespodziewanie krępować.


- Nie. Czemu pytasz?


- Ludzka ciekawość.


- Och, Sasuke-kun! – zachichotała przytłaczająco. – Wybacz; czasem, tym bardziej po seksie, zapominam, że faktycznie jesteś człowiekiem. Uwierz, doznania się nie-ziem-skie.


I tu dobiegł końca stosunkowo inteligentny fragment rozmowy; Kimiko zaczęła łasić się jak kotka w rui, więc nie pozostało nic innego, jak subtelnie wyprosić ją – z racji niepowodzenia planu –za drzwi.


- Tak mi było przyjemnie – zapewniała wielokroć na odchodnym, to łapiąc moją dłoń, to obsypując twarz mokrymi pocałunkami, przez co coraz bardziej przypominała łaknące uczuć zwierzę domowe. – Zostaję w Wiosce jeszcze przez pięć dni, więc mam nadzieję, że znajdziesz czas, że znajdziesz ochotę, żeby się…


- Niewątpliwie znajdę! – Zbyłem ją, jak sądziłem, przesadnie brutalnym klapsem w pośladek, jednak otrzymawszy go, zawyła z radości. Wolałem nie rozmyślać nad realnymi upodobaniami seksualnymi Kimiko, skoro takie uderzenie wprawiło ją w akustyczną euforię…


 


Zamknąwszy drzwi, upewniwszy się, że zmora z Suny bieży ku wyjściu z rezydencji, oparłem plecy o ścianę; ta była kojąco zimna oraz cicha – nie mówiła ani słowa, co po paru godzinach spędzonych z Kimiko było niemal niemożliwe… Cisza… Cudowna cicha cisza… Milczenie grobowe, pełne chłodu oraz zdystansowania… Jedynie niepokojąca woń szpitalnych bandaży, słodkiego balsamu do ciała unosiły się na granicy percepcji i szaleństwa. Woń to jednak nie dźwięk, tak więc czułem się relatywnie bezpieczny.


Plan, a raczej próba poprawy mojego nastroju zakończyła się mało spektakularną klapą. Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma, a seks lepszy w wspomnieniach niż realnie… przynajmniej przy dostępnych zasobach ludzkich.


Nim nawiedziłby mnie pomysł rozszerzenia idei o kolejną kobietę w łóżku (w końcu: co dwie głowy, to nie jedna), postanowiłem rozważyć na poważnie, dlaczego Haruno tak piekielnie utknęła wewnątrz mojego umysłu. Kochanie – faktycznie – było jednym z lepszych, gdy już, jak to się mówi, dotarliśmy się wzajemnie, co w normalnym związku oznacza tyle, że kobieta nieco zgina kręgosłup moralny, a mężczyzna ściąga skarpety. Normalnym związku, zaznaczam. U nas kwestią było ograniczenie alkoholu, lub przeciwnie – adekwatne upojenie obojga uczestniczących. Byleby nie było przesadnych dysproporcji lub napięcia, czyli różnicy potencjałów imaginujących stężenie krwi w winie albo sake. To jednak nie mogło być wszystko; miłość fizyczna może być głównym trzonem, na którym buduje się wzajemne relacje, jednak nawet rozmowa „po”, choćby w nagrzanym łóżku, buduje już jakąś więź. Czy to dobrze, czy źle – sam nie wiedziałem. Nie było jednak co się wypierać oczywistego: seks to nie jedyne, co łączyło Sakurę i mnie. Co więc jeszcze? Zainteresowania? Pasje? Dobre sobie! Ona leczy, głupio nadstawia karku za lokalną ojczyznę oraz tępych „najbliższych”. Ja zaś, to wiadomo, nic z powyżej wymienionego; co to za ojczyzna, która zdradza twój ród, i co to za przyjaciele, jeśli widzą w tobie trędowatego? Lepiej się nie zbliżać – myślą – gdyż sarkazm może być zaraźliwy. Haruno zaś, przesadnie honorowo i w zaparte, odwiecznie murem za wszystkim i wszystkimi.


A jednak coś... coś było między nami. BYŁO. Czas przeszły, dokonany, Uchiha, więc z łaski i głupoty swojej – opanuj niewygodne serce, dumę schowaj do kieszeni i żyj życiem marazmatycznym (jednak zdrowo marazmatycznym) dalej, jak przystało na twoje pejoratywne „ja”.


 


Nie wiedzieć kiedy, zorientowałem się, że urządziłem sobie przechadzkę szlakiem Hokage, wzdłuż zaplutych spelun i sklepików na Konohańskim rynku, choć „rynek” to dużo na wyrost i mocno zbyt życzliwie ujęte. Z domu wygnał mnie chyba ów kojący, milczący chód ścian – nie pamiętałem momentu decyzyjnego, a jedynie żal podczas odkrycia, iż papierosy, jakie paliłem po numerku z Kimiko były własnością dziewczynki – jedną z tych bolących rzeczy, jakie wciąż znajduję rozsiane po całym domu w najdziwniejszych zakamarkach. Poprzednio była to para majtek typu „Możliwie najmniejsze koronkowe stringi świata”, zawieruszona gdzieś pomiędzy moimi bokserkami a ostrzałkami do mieczy; przypadkiem jest, że kamienie szlifierskie trzymam w sypialnianej komodzie. Przedtem był jeszcze jakiś zaschnięty tusz do rzęs, skalpel owinięty bawełnianą szmatką oraz dziwnie pachnąca świeca kąpielowa. Napis na etykiecie głosił „Romantyczna wanilia”, jednak kto by wierzył w dzisiejszych czasach słowu pisanemu…


Słońce zdążyło zajść w międzyczasie, gdy przechadzałem się bez celu uliczkami Konohy. Powietrze było przyjemnie rześkie, chłodne, niosące wilgotną woń lasu oraz, zamiennie, swąd tłustych potraw. Z lamp, jak zawsze, pełgało nieprzyjemnie żółte, lekko trupie światło; mimo tego, iż do Wioski powróciłem przeszło dwa lata temu, wciąż nie byłem w stanie przyzwyczaić się do ohydnej, zatęchłej barwy, a także licznych ciem, żarłocznie lgnących do brudnych żarówek. W knajpach niestety realia nie przedstawiały się lepiej; kleiste stoły, stłoczeni, śmierdzący ludzie i gdzieniegdzie znajoma morda. Niektórzy z (jeszcze) trzeźwych wstawali, by się przywitać; wymienić parę zdawkowych uwag, zaprosić do wspólnej fety – był koniec tygodnia roboczego, więc powód zawsze odpowiedni na ucztowane. Miałem jednak pełną świadomość, iż moja obecność nie jest pożądana. Kto chciałby zdrajcę, mordercę i zboczeńca – w jednej osobie! – przy swoim stole?


Przez myśl przeskoczyła mi jedynie wykrzywiona grymasem kpiny twarz Haruno. Na to wspomnienie nie mogłem się nie uśmiechnąć. Ona przez jakiś czas chciała… Głupiutka.


Gdy w kącie ramen-dajni dostrzegłem Młotka, zapalczywie pochłaniającego swój przydział rozgotowanych klusek oraz mięsa, jakiego pochodzenie nadal wolałem przemilczeć, postanowiłem zakosztować nieco imprezowego życia. W końcu tyle mi wraz z Sakurą naopowiadali o przyjacielskiej lojalności! Zamówiwszy trzy porcje sake, dosiadłem się do Uzumakiego, który dopiero, gdy huknąłem mu jednym z kieliszków niemal w nos, uniósł na mnie spojrzenie. A wzrok miał nie tyle co zdumiony, o ile mało życzliwy.


- Uchiha, co tu robisz? – burknął bardziej z obowiązku niż realnej potrzeby, chłepcąc zupę.


Wlałem w siebie pierwszą dawkę wódki, skrzywiłem się, po czym, unosząc drugą szklankę, zażądałem, by wznieść toast.


- Nie mam ochoty – padło tylko, mocno zdawkowe i, tym razem bez wątpienia, nieprzyjazne. – Przylazłeś po coś konkretnego?


Zaśmiałem się głośno dla rozładowania napięcia, jednak – co niewiarygodne – nie zadziałało. Naruto nadal miał minę obitego psa, najwyraźniej uważającego mnie bardziej za swego kata, niźli wybawcę.


- Przechodziłem obok, pomyślałem że wpadnę. Potrzeba czegoś więcej?


Nie odpowiedział, siorbiąc ze smakiem. Poczekałem aż skończył, lecz nie uzyskawszy odpowiedzi na swe niewinne pytanie, począłem się lekko denerwować. I na to, że zachowuje się jak baba, żądając nielogicznych domysłów, i na to, że chłepcze zbyt głośno, że kolanem trąca stolik…


- Mów.


- Hm…? O co ci chodzi, Uchiha? – Grał głupa.


Tym razem zarechotałem nienawistnie, jednak i tego nikt nie docenił. Szkoda. Niegdyś wrogowie, słysząc mój mało słowiczy głos, jęli padać na kolana, błagając o szybką śmierć, gdyż o litości nie było nigdy mowy.


- Mi o nic. Jestem ciekaw, co z twoim okresem; spóźnia się, że masz taki podły nastrój? A może trafiłem w dni rodne? Mi możesz powiedzieć, Naruto-chan, przecież wiesz. Solidarność jajników to może nie jest, jednak to, co mam w spodniach nie powinno niszczyć naszej wspaniałej damsko-męskiej przyjaźni.


Długo trawił moje słowa; niemal słyszałem szum zapracowanych trybików oraz przekładni wewnątrz jego głowy. W końcu jednak odetchnął głęboko, odsunął pustą miskę i z dezaprobatą zajrzał mi w oczy.


- Muszę ci przypierdolić, żebyś się uspokoił, prawda? – bardziej stwierdził, niźli zapytał. Głupio byłoby mu zaprzeczyć, więc profilaktycznie wypiłem i jego przydział sake, bo – jak powszechnie przyjęto – głupie rzeczy najlepiej robić po alkoholu. Zawsze to jakieś usprawiedliwienie.


 


Mój tok rozumowania okazał się dobry, gdyż to, co zrobiliśmy było bardzo, bardzo głupie.


Młotek sprostował później, że nie o tyle „musiał mi przypierdolić”, co chciał; a że potrzeba matką wynalazków, szybko jasnym stało się, iż każdy pretekst jest tym odpowiednim. Potem niewiele już mówił, zadowalając się nieustannym wrzaskiem i zarzutami. Człowiek sądzi naiwnie, że jest bez winy, że pierwszy do teologicznego rzutu kamieniem, a wystarczy jeden imbecyl, by zniszczyć cały lekkawo narcystyczny, szczęśliwie radosny światopogląd. Cholerny Naruto. Choć muszę przyznać, bez trwogi, lecz z szacunkiem, że rękę ma ciężką.


Nie spłycając, jednak – pobiliśmy się mocno infantylnie i mocno do krwi. Obyło się bez złamanych nosów, jakie z przyczyn niewiadomych źle mi się od jakiegoś czasu kojarzyły; miast tego oboje z Młotkiem mieliśmy nietęgie miny, gdy przypadkiem przechadzający się w okolicy patrol ANBU rozdzielił nas, zabroniwszy bójek.


Językiem obmacałem zęby, poszukując jakichkolwiek ubytków. Szczęśliwie prócz krwi i braku rozsądku nie odkryłem nic nowego, a, wbrew temu, co sądziłem, Uzumaki oberwał gorzej ode mnie, choć pierwszy faktyczny cios wyszedł z jego strony – ładny, mocny prosty wprost w moją szczękę; stąd niepokój o uzębienie. On miał podbite oko, rozcięty bark oraz od groma innych ran, jednak kalibru raczej drobnego, powstałych, gdyśmy kolejno: strzaskali stół, wylecieli z lokalu przez okno wraz z szybą, po czym przetarzali rozkosznie pośród żwiru, piachu i kamieni. Niemniej jednak, na widok jego znów podbitej gęby chciało mi się śmiać – byle głośniej!


Zacnym członkom ANBU nie było jednak zbyt zabawnie, logiczniejszym więc wydawało się zawrzeć jadaczkę, by milcząc, oczekiwać rozwoju wypadków.


- No, no – zagadnął barczysty brunet, obleczony biało-czarnym, typowym zawojem. Tego, co przedstawiała maska identyfikować nie będę, bo daleko mi do fantasty rozstrzygającego kwestie sporne w sprawie rozdziału gatunków małp; jedno jest pewne, to coś, co przywarło do jego polików jawiło się długim, nierozpoznawalnym futrem na drewnianych ornamentach, oraz nosem stosunkowo szerokim. – Burda? Naruto Uzumaki, nie spodziewałbym się tego po tobie.


Byłem ignorowany.


Młotek dźwignął się z kolan, otrzepał, otarł krew z grzywki, po czym niewidzącym wzrokiem zweryfikował czteroosobowy oddział.


- Wy jesteście P3, zgadza się? Shino Ishibura?


Ktoś potwierdził pomrukiem, ktoś inny skinął przyzwalająco głową. Przyznam, że zdziwiła mnie wiedza Uzumakiego, jednak nie miałem zamiaru w jakikolwiek sposób tego okazać. Wszczynanie bójek było bowiem od jakiegoś czasu słono karane, także lepiej w miarę możliwości nie podskakiwać więcej, niźli było potrzeba, by dowieść swej samczej dominacji.


- Shino, możemy pomówić… na osobności? – bąknął Naruto, tocząc wzrokiem po pozostałej trójce odzianych w kontrastującą czerń i biel; gdzieś tak wystawał kosmyk (pożal się boże) niebieskich włosów czy niezgorsze jakościowo ostrze katany.


Wspomniany Ishibura – brunet-małpa – skrzyżował ręce na piersiach. Dałbym sobie głowę uciąć, że pod tą pioruńską maską, uśmiechał się perfidnie.


- Nie ma takiej potrzeby. Pododdział Trzeci działa jak jeden organizm, więc nie powinieneś się krępować.


- Nie krępuje mnie wasza… synteza.


- Ach, nie? Więc co, kiepski pretendencie do miana?


Oho! Czyżby niezadowolony politycznie przedstawiciel kasty robotniczej? Zatarłem dłonie z uciechy; czyli nie tylko ja miałem obiekcje co do obejmowania stołka Kage Konohy przez Młotka. Jedną kwestią jest egoizm, inną – troska o Wioskę. Pocieszające, lecz nie bardzo, zważywszy na warunki, w jakich się o tym dowiedziałem.


- Mieliśmy z Uchihą małe spięcie…


- Spięcie?


- Spięcie.


- Spięcie to dobre słowo, gdy mowa o działaniu wobec niesfornych kłaczków małej dziewczynki, lub wybryku niezdolnego elektryka. TO nie było spięcie, mój drogi.


Naruto się wyraźnie zmieszał; spąsowiał i jął nerwowo zaciskać dłonie. Uznałem więc, iż czas najwyższy wkroczyć do akcji – jako bohater wydarzenia, rzecz jasna.


- Shino, tak? – zwróciłem się do tego postury szafy trzydrzwiowej.


- Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na „ty”, Uchiha. – Wymawiając moje nazwisko, splunął nietaktownie i bardzo jednoznacznie.


- Ależ nie jesteśmy, nie jesteśmy. Mówię tak z czystego braku szacunku.


Błękitno-włose dziewczę w masce kota zachichotało, unosząc dłoń do wypukłego pyszczka.


- Atemi! – huknął w responsie Ishibura, wyraźnie urażony nie tyle moim komentarzem, co brakiem poszanowania czy to ze strony dziewczyny, czy ze strony oddziału. – Za kogo ty się masz, Uchiha?... Jeśli sądzicie, że bójka ujdzie wam bezkarnie, możecie z rozkoszą puknąć się w obie te puste głowy – dla równie naiwnych co wy, nie ma nadziei.


I chyba faktycznie coś w tym było.




~*~

Niestety nie wiem, kiedy następny rozdział, bo mam od groma nauki; być może uda mi się przysiąść w przyszłą sobotę, a... być może nie. Zrobiło się cieplej, więc zaczynamy na poważnie nurkować - praktycznie każdy weekend będę miała więc w najbliższym czasie zajęty.



♥♥♥


Opowiadania:

► "Ja, Tobie" I
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6